Narciarstwo alpejskie

Narciarstwo alpejskie

Domański: „Shiffrin to maszyna. Gdyby nie wygrała, byłaby to jedna z największych sensacji igrzysk”.

- Hirscher jeszcze nie ma złota i dopiero teraz będzie miał. Bo gdyby nie miał, to byłoby zadziwiające – mówi Witold Domański, komentator narciarstwa alpejskiego w Eurosporcie. Według niego Austriak Marcel Hirscher i Amerykanka Mikaela Shiffrin będą największymi gwiazdami swojej dyscypliny na igrzyskach olimpijskich w Pjongczangu.

Łukasz Jachimiak: Mikaela Shiffrin czy Marcel Hirscher – które z nich będzie większą gwiazdą narciarstwa alpejskiego na igrzyskach w Pjongczangu?

Witold Domański: I Shifrin, i Hirscher. Bardzo trudno wybrać między jednym a drugim, ale wydaje się, że łatwiejsze zadanie ma Shiffrin. To dlatego, że konkurencja u pań jest dużo słabsza. Hirscher ma groźniejszych rywali. Oczywiście będzie startował tylko w konkurencjach technicznych i tak się składa, że w slalomie ma bardzo, bardzo silną konkurencję, zwłaszcza odkąd w czołówce pojawił się jego rodak Michael Matt. A może jeszcze ktoś się pojawi. Igrzyska to jeden dzień, dwa przejazdy. Tylko tyle. Ale oczywiście Hirscher wciąż jest najlepszy. W gigancie też. Tam już nie ma Teda Ligety’ego, który przez jakiś czas dominował. Amerykanin wygrywał z Hirscherem, ale w końcu Hirscher nauczył się jeździć giganta jeszcze lepiej. O Shiffrin możemy powiedzieć, że w gigancie to może jeszcze któraś z rywalek z nią powalczy, bo w tej konkurencji nie ma aż tak wielkiej różnicy między nią a resztą. Natomiast w slalomie to jest maszyna. Jeździ wspaniale, jest bardzo pewna tej swojej jazdy. Gdyby nie wygrała, byłaby to olbrzymia sensacja. Na pewno jedna z większych w całych igrzyskach.

Fot. shutterstockFot. shutterstock

Dlaczego Shiffrin wygrywa z największymi, nawet trzysekundowymi, przewagami w historii?

- Dlatego, że ona, podobnie zresztą jak i Hirscher, wyróżnia się pewnością jazdy. Oni mogą nawet troszkę zwolnić, założyć sobie, że bardziej zaatakują w drugim przejeździe. A właściwie nie muszą ryzykować. Ich jazda jest wystarczająco pewna, żeby tego nie robić, a i tak pokonywać teren bardzo szybko. Taki Henrik Kristoffersen, czyli drugi slalomista Pucharu Świata, ryzykuje dużo, dużo więcej od Hirschera, że już nawet nie wspomnę o tym, jak ryzykuje Matt. A jeśli chodzi o rywalki Shiffrin, to one chcąc się do niej zbliżyć muszą już absolutnie wszystko stawiać na jedną kartę. A i wtedy nie potrafią jej dorównać.

Shiffrin jest już mistrzynią olimpijską, w Soczi, jeszcze jako 18-latka, została najmłodszą w historii zwyciężczynią slalomu na igrzyskach. Natomiast Hirscher, który ma 29 lat, sześć złotych medali mistrzostw świata, ponad 50 wygranych startów w PŚ i grubo ponad 100 miejsc na podium, jeszcze nie ma olimpijskiego złota. Dziwne, prawda?

- Zgadza się. Hirscher jeszcze nie ma tego złota i dopiero teraz będzie miał. Bo gdyby nie miał, to byłoby zadziwiające.


Fot. shutterstockFot. shutterstock

Austriak będzie się liczył w dwóch konkurencjach, a Amerykanka w trzech, poza slalomem i slalomem gigantem jeszcze w zjeździe?

- Nie. Ona w zjeździe dopiero sobie robi przymiarki, właściwie dopiero pierwszy sezon w nim startuje. Tam ciągle jeszcze bym stawiał na Lindsey Vonn. Jeżeli nie dojdzie do jakiegoś dramatycznego momentu, w którym złapie nierówność i się przewróci, to powinna wygrać, bo jeszcze jest najszybsza. Ale to jest tak, że Vonn może wygrać, ma na to papiery, ale tu rywalki będą naciskać. Chociażby Lara Gut wraca do formy. Tu rywalizacja będzie dużo bardziej wyrównana niż w konkurencjach technicznych. A już w supergigancie to sprawa jest otwarta. Wygra ta, która lepiej trasę zapamięta i której wszystko się lepiej poukłada.

Myśli Pan, że Shiffrin w zjeździe zabraknie doświadczenia? Puchar Świata jednak każe i ją brać pod uwagę, w klasyfikacji zjazdu mistrzyni slalomu jest przecież trzecia.

- Nie mówię, że na pewno nie będzie się liczyła, tylko że na pewno nie będzie tak mocna jak w konkurencjach technicznych. Ale jest w gronie 10 dziewczyn, które będą walczyły o podium.

Fot. materiały partneraFot. materiały partnera

Faworytami konkurencji szybkościowych w rywalizacji panów będą Aksel Lund Svindal i Kjetil Jansrud z Norwegii?

- Hirscher wygrał wprawdzie jeden supergigant w swojej karierze, co świadczy o jego możliwościach, ale to było kilka lat temu, on się koncentruje na technicznych konkurencjach. Norwegowie wyglądają najlepiej, choć wiadomo, że Svindal oszczędza kolana na igrzyska, więc nie jeździ wszystkiego, a Jansrud troszeczkę przybladł w tym sezonie. Ale możliwości ma, to jest niesamowity facet, więc może ubiegać się o złoto. Prawdopodobnie ta dwójka będzie typowana do zwycięstw. Ale za nimi jest grupa Austriaków, a w niej Matthias Mayer, który od czasu do czasu pokazuje, że ciągle potrafi. Dlaczego miałby nie obronić złota w zjeździe z Soczi? Włosi też mogą się liczyć. Niby taki Peter Fill jeździ słabiej, ale to jest przecież tylko jeden dzień. Właśnie to powtarzają wszyscy ci, którzy nie wygrali igrzysk. Pamiętam, jak Marc Girardelli mówił, że start na igrzyskach to jeden dzień, że jeden przejazd może nie wyjść i nie ma złota, dlatego bardziej się liczy Puchar Świata [Luksemburczyk wygrał go pięć razy, a na igrzyskach miał dwa srebrne medale]. Puchar Świata jest na pewno ważny, bo jest przekrojowy. Ale w końcu olimpijskie złoto, to jest olimpijskie złoto, to się zapisuje do annałów.

Myśli Pan, że w Pjongczangu ktoś przejdzie do historii jako sprawca wielkiej niespodzianki? To chyba możliwe, skoro kultowy zjazd w Kitzbuehel dopiero co wygrał Niemiec Thomas Dressen?

- Zawsze jest to możliwe, ale nie sposób wytypować, kto mógłby to zrobić. Dressen to nie autsajder, do tego Niemcy mają nowego trenera i widać wyraźnie, że bardzo szybko idą do przodu. Tylko jeżeli Dressen już wygrał Kitzbuehel, to nie byłoby wielkim zaskoczeniem, gdyby trzy tygodnie później wygrał też na igrzyskach.

Co mogą wygrać Polacy? Maryna Gąsienica-Daniel punktowała w tym sezonie w Pucharze Świata, chyba więc możemy liczyć na jej przyzwoity występ?

- Wiadomo, że na igrzyskach wystartuje mniej dobrych rywalek, bo każda ekipa ma ograniczenia. Polka jeździ konkurencje techniczne, myślę, że w gigancie sukcesem byłoby dla niej miejsce w „20”. A gdyby była pozycja w „15”, byłoby cudownie.

Polski Związek Narciarski ma problem ze wskazaniem, który z naszych alpejczyków pojedzie na igrzyska, ale chyba i Michał Kłusak, i Michał Jasiczek nie mogą nawet pomarzyć o takim wyniku, o jakim mówi Pan w kontekście Gąsienicy-Daniel?

- Słyszałem, że lansują Kłusaka z jakichś względów. A wiadomo, że on w konkurencjach technicznych nie pojedzie. Zostają szybkościowe. No to ja nie wiem na co go stać. Wiem, że się po siedem sekund spóźniał podczas zawodów Pucharu Świata.

Ani on, ani Jasiczek nie zdobyli nigdy punktów PŚ.

- W ich przypadku liczy się udział, jak chciał baron Pierre de Coubertin. Kogoś w końcu wystawimy i ktoś pojedzie. Aby wstydu nie przyniósł i tyle.

Narciarstwo alpejskie
w Polsce - co dalej?

Narciarstwo alpejskie
w Polsce - co dalej?

Szef wyszkolenia PZN ds. narciarstwa alpejskiego i snowboardu: Czesi i Słowacy jeżdżą na każdej górce, my mamy zawodników z Łodzi i Poznania.

- W ostatnich latach narciarstwo z gór przeniosło się do miast. Na przykład w Poznaniu jest prężny klub, mimo że jeździ się po sztucznej nawierzchni - mówi Stanisław Czarnota. Szef wyszkolenia PZN ds. narciarstwa alpejskiego i snowboardu w rozmowie ze Sport.pl przedstawia 16-letnią „perełkę” z Łodzi. Według niego Magdalena Łuczak jest naszą nadzieją na następne igrzyska, w Pekinie w 2022 roku. Jak wiele do tego czasu trzeba zmienić i w szkoleniu, i w narciarskiej infrastrukturze w Polsce?

Łukasz Jachimiak: W lutym minie 20 lat od ostatniego dobrego występu polskiego alpejczyka na igrzyskach olimpijskich, czyli od piątego miejsca Andrzeja Bachledy-Curusia III w kombinacji w Nagano. Ile jeszcze poczekamy na podobny wynik?

Stanisław Czarnota, kierownik wyszkolenia PZN ds. narciarstwa alpejskiego i snowboardu: No niestety, taka jest prawda, że to ostatni dobry rezultat naszego narciarstwa alpejskiego. Problem jest taki, że jesteśmy prawie 40-milionowym krajem, na nartach jeździ może nawet trzy miliony ludzi, ale mamy archaiczną bazę, jesteśmy lata z tyłu za o wiele mniejszymi Słowacją i Czechami. Wielka szkoda. Ale jak patrzę na najmłodsze roczniki, na 10-, 12-latków, to widzę, że w zawodach startuje nam około 500 dzieci. Czyli jest z czego ruszyć.

To znaczy, że jeszcze w Pjongczangu zobaczymy tylko garstkę naszych zawodników i nie będziemy się szczególnie emocjonować ich startami, ale w kolejnych latach wreszcie będzie lepiej?

- Myślę, że na igrzyska wyślemy czworo alpejczyków i pięć albo sześć osób ze snowboardu. Wszystko będzie jasne 22 stycznia, wtedy będą ostateczne listy na igrzyska. A o co nasi zawodnicy powalczą? W sporcie każdy jedzie zdobywać medale.

Karolina Riemen-Żerebecka. Fot. Kuba Atys / Agencja GazetaKarolina Riemen-Żerebecka. Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta
Fot. shutterstockFot. shutterstock

Ale oceniajmy realnie.

- Naszą nadzieją na dobry występ jest Karolina Riemen-Żerebecka. Skicross, w którym ona startuje, to jest konkurencja alpejska. Kibice na pewno wiedzą, że Karolina wróciła po bardzo ciężkim wypadku i jest już w normalnym, pełnym treningu. Ona ma wielką motywację, żeby jak najlepiej przygotować się do igrzysk. Według mnie są też szanse w snowboardzie. Tam konkurencje alpejskie są loteryjne. Inaczej niż w klasycznym narciarstwie alpejskim, gdzie wszystko jest ustabilizowane. Ale i w nim liczymy na Marynę Gąsienicę-Daniel.

Na jaki wynik?

- Myślę, że w Pjongczangu Marynę będzie stać na miejsce w pierwszej „20”. Jest na tyle przygotowana, że powinna taką pozycję zająć.

Za cztery lata przed igrzyskami w Pekinie będziemy rozmawiać o innych miejscach? Zrobimy postęp?

- Mamy perełkę, o którą musimy zadbać. Jeżeli będzie się rozwijać tak, jak teraz, to na pewno będziemy mówić o innych miejscach. Mamy też nowe systemy, cztery lata to jest trochę czasu, żeby wszystko dobrze działało.

Przedstawi Pan tę perełkę?

- To Magdalena Łuczak, pierwszoroczna juniorka. W zeszłym roku była piąta w nieoficjalnych mistrzostwach świata dzieci w slalomie. Po pierwszym przejeździe była trzecia, w drugim popełniła błędy, ale i tak utrzymała się bardzo wysoko. Teraz jest pierwszoroczną juniorką, ale już zbiera FIS punkty. Potrafiła mieć takie przejazdy, że startując z numerem 80 czy 90, czyli jadąc po bardzo zniszczonej trasie, zajmowała miejsca w pierwszej „20”, a drugie przejazdy dwukrotnie jej się udało wygrać. W jej roczniku mamy jeszcze trzy bardzo utalentowane dziewczyny i trzech-czterech bardzo obiecujących chłopaków. Jeśli ta grupa przepracuje dobrze czas do Pekinu, to przy odpowiednim zaangażowaniu zawodnicy w wieku około 20 lat powinni walczyć już o duże rzeczy.

Łuczak jest w kadrze, która cały czas przebywa we Włoszech – jak ona się uczy, bo szkoły chyba nie może całkiem zaniedbać?

- W grudniu była 10 dni w Polsce i zaliczyła cały semestr. Jedzie na naprawdę wysokich ocenach. A w ogóle to ona jest z Łodzi.

Łódź i narciarstwo alpejskie – ciekawe połączenie. W jej rodzinie są narciarskie tradycje, czy po prostu jako dziecko pojechała z rodzicami w góry i na zabój zakochała się w nartach?

- Rodzice są fanatykami narciarstwa, przywozili swoje córki w góry. Obie – bo jest jeszcze Maria - zaczęły w końcu jeździć w klubie z Zakopanego. W takim, w którym są też zawodnicy z Poznania i z innych większych miast. W ostatnich latach narciarstwo z gór trochę się przeniosło do miast. Jak popatrzymy na nasze kadry, to tylko Maryna jest z Zakopanego, a tak to Paweł Pyjas jest z Krakowa, Daria Krajewska – z Gliwic, siostry Łuczak z Łodzi.

Mimo wszystko Kraków czy Gliwice zaskakują mniej niż Łódź czy Poznań, bo z nich bliżej w góry.

- W Poznaniu wszystko się kręci wokół toru na Malcie. Tam jest prężny klub, dobrze pracują trenerzy, mimo że jeździ się po sztucznej nawierzchni. Tak to nasze narciarstwo wygląda.

Ile lat trzeba mieć lat, żeby trafić do szkolenia centralnego i mieć zapewnione najlepsze warunki?

- Trzeba mieć 16 lat, jak Magda Łuczak, która jest pierwszy rok w kadrze. My możemy szkolić zawodników od kategorii juniora. Junior B i C to wyjazdy na zawody międzynarodowe, ale dziecięce, a dopiero od 16. roku życia zaczynają się starty w zawodach FIS, np. w Pucharze Europy. Magda jest w kadrze pierwszy rok, ale start ma o tyle łatwiejszy, że przyszła ze swoją trenerką, Włoszką Eleną Valt, którą zatrudniliśmy dla całej grupy kobiet.

Nie licząc Gąsienicy-Daniel, która ma swój sztab?

- Tak, ona pracuje z Marcinem Orłowskim, jest z nimi jeszcze fizjoterapeuta i trzy miesiące temu ściągnęliśmy serwismena z Czech.

PZN płaci kadrowiczom jakieś stypendia?

- Na ten moment niczego takiego nie ma. Możliwość zdobycia pieniędzy jest tylko dla najlepszych w Pucharze Świata. Nasi zawodnicy muszą liczyć na pomoc swoich rodziców.

Fot. materiały partneraFot. materiały partnera

Na zapewnienie wszystkiego kadrze A skoczków narciarskich PZN rocznie wydaje podobno grubo ponad milion złotych. Nie twierdzę, że to źle, ale proszę powiedzieć, ile pieniędzy federacja przeznacza na potrzeby alpejczyków i snowboardzistów.

- Taka grupa jak dziewczyny na stałe przebywające we Włoszech kosztuje nas rocznie kilkaset tysięcy złotych.

Kilkaset tysięcy wydajecie też na męską kadrę, która praktycznie bez przerwy przebywa w Austrii?

- Tak. Generalnie muszę powiedzieć, że związek tak dofinansował te grupy, że nikt nie może na nic narzekać, nikomu niczego nie brakuje. Nasi panowie alpejczycy też ciągle są na zgrupowaniach, a za chwilę mają już mieć stałą bazę w Ramsau.

Czyli alpejczyków trzymacie we Włoszech i w Austrii, a jak jest z kadrą snowboardową? Zawodnicy nie tęsknią za czasami, kiedy mieli swoją, odrębną federację?

- Też przebywają praktycznie cały czas poza krajem. Są w ośrodkach, w których snowboard jest mocno rozwinięty. U nas nie ma warunków do uprawiania części konkurencji, nie ma toru do snowboardcrossu. Snowboardziści są dofinansowani na dobrym poziomie. Zawsze można powiedzieć, że mogłoby być lepiej, ale jest naprawdę dobrze. A czy żałują, że są u nas? PZN jest jedyną agendą FIS-u na terenie Polski, więc Międzynarodowa Federacja Narciarska narzuciła nam przyjęcie tej dyscypliny w swoje struktury.

Pamiętam, że jeszcze mając swoją federację snowboardziści dążyli do tego, by podlegać PZN-owi. Czyli chyba wiedzieli, że tak byłoby dla nich lepiej?

- Struktury związku są bardzo dobrze rozwinięte, w takich łatwiej funkcjonować niż w małym, oddzielnym związku. Wiemy, że Słowacy czy Czesi nie działają tak jak my. Jak do nas przyjechał serwismen, którego zakontraktowaliśmy Marynie, to się dziwił, że tak profesjonalnie u nas wszystko wygląda. Zorganizowani jesteśmy na najwyższym poziomie. Za to u nich jeździ się na każdym kawałku górki, a u nas ciągle brakuje miejsc do treningu.

U nas nigdy nikomu nie przyszło do głowy, żeby zbudować na przykład ten tor do snowboardcrossu?

- Wreszcie przyszło. Pomysł ma być zrealizowany w Szczyrku.

Kiedy?

- W tym roku oni jeszcze tego nie zrobią, ale w przyszłym już na pewno. Jesteśmy z nimi w ciągłym kontakcie. Nawet 15 grudnia miało być oficjalne otwarcie ośrodka, bardzo uroczyste, z udziałem prezydentów Polski i Słowacji. Jednak wszystko zostało przełożone, bo nie dopisała pogoda. Miejscowi chcieliby, żeby było ładnie, biało, żeby centrum miało jak najlepszy wygląd, żeby na taką okazję było idealnie przygotowane. W każdym razie my jako związek prowadzimy z nimi rozmowy i będziemy tam tworzyć narodowy ośrodek treningowy dla narciarstwa alpejskiego, a później zostanie do tego podłączony również snowboard.

Szczyrk to będzie ośrodek na miarę potrzeb seniorów czy raczej miejsce do szkolenia młodszych narciarzy?

- Podobny ośrodek treningowy mają Słowacy w Jasnej. U nas ma wszystko funkcjonować na takich samych zasadach. Bazą ma być Szkoła Mistrzostwa Sportowego w Szczyrku. Zaczyna się nam tworzyć naprawdę fajne miejsce. A prowadzimy też rozmowy z PKL-em, bo jest możliwość przygotowania trasy do treningu w Palenicy. Wkrótce mamy podpisać umowę na mocy której jeden ze stoków w Szczawnicy będzie przygotowany tylko dla nas do treningu i do tego ma jeszcze zostać dołączona jedna trasa w Krynicy. Mocno pracujemy, żeby nam się baza poprawiła, bo jej brak to nasz największy problem. Kadry możemy wysłać w Alpy czy Dolomity, ale młodzież ze szkół musi mieć godziwe warunki do treningu.

Gdyby w kraju była dobra baza, byłoby lepiej dla zawodników z kadr, bo byliby na miejscu i mogliby spędzić więcej czasu z rodzinami. Lepiej, bo taniej byłoby też dla związku. O ile taniej?

- Powiem o kadrze kobiet, która ma świetne warunki w Falcade. Wynajęcie dwóch apartamentów na sezon kosztowało nas 10 tys. euro, do tego dochodzi po 500 euro od osoby za korzystanie z wyciągów i tras. Ale dziewczyny mają w okolicy mnóstwo zawodów, dojeżdżają na nie w półtorej godziny, góra dwie. A w poprzednich latach pokonywały tysiące kilometrów. To wielki komfort dla nich i dla trenerów, że teraz już nie muszą. Na pewno w tej chwili to jest najlepsza opcja. Są niedogodności, bo oczywiście przyjemniej byłoby siedzieć w domu, trenować u siebie. Ale co zrobić? Taka praca.

Fot. materiały partneraFot. materiały partnera


Jak wiele Szczyrkowi brakuje do takiego Falcade poza warunkami naturalnymi?

- To są zupełnie inne góry. Ale Szczyrk ma Bieńkulę, czyli trasę, która była przygotowywana na mistrzostwa świata juniorów. Mistrzostwa w końcu się nie odbędą, ale trasa jest zaśnieżana. Teraz jeszcze ze starego systemu, ale wkrótce ma już być zastosowany nowy system i będą na niej zawody FIS. Ta Bieńkula będzie w większości oddana do treningu. To jest stroma, piękna trasa. Będzie dla nas zamykana, dla przeciętnego jeźdźca byłaby zbyt trudna. Jeśli chodzi o bazę, to naprawdę idziemy w dobrym kierunku. W Zakopanem się pojedynkują o to, żeby można było jeździć na Nosalu, uda się ze Szczawnicą, bardzo fajne zawody FIS-owe organizują w Białce. Może to nie są wielkie góry, ale są tam ludzie chętni do działania i robią naprawdę fajne zawody.

Jak konkretnie wygląda pojedynkowanie się o Nosal?

- Może źle powiedziałem, tak naprawdę nie chodzi o pojedynkowanie się. Trwają rozmowy, żeby Nosal uruchomić. Tam jest chroniony park, są różne interesy, dlatego są skomplikowane rozmowy.

Jak zawsze w Zakopanem. Tam chyba najtrudniej cokolwiek zrobić?

- W Białce dogadało się 56 osób i teraz razem robią biznes. Bardzo dobry, tworzą jeden z najlepszych ośrodków w Polsce. Dają przykład.

Czyli z bazą jest trochę lepiej niż było przed poprzednimi igrzyskami, ze szkoleniem w związku też jest trochę lepiej, a jest szansa, że w ciągu najbliższych czterech lat będzie dużo lepiej?


- Przed Soczi też ciągle jeździliśmy po świecie, żeby trenować w dobrych warunkach, ale w kadrze męskiej był wtedy tylko Maciek Bydliński. A teraz mamy dwóch chłopaków, mamy też cały czas braci Jasiczków, którzy idą własnym programem, ale normalnie w kadrze startują. A poza kadrą jest Michał Kłusak, ale pomagamy mu, tak jak i Bydlińskiemu.

Obaj wiele razy się skarżyli, że nie pomagacie.

- Kłusakowi bardzo dużo pomaga Tatrzański Związek Narciarski, od nas też dostał pieniądze. Jeszcze więcej możliwości mielibyśmy, gdybyśmy podpisali umowę z Tauronem.

Dlaczego nie podpisaliście?

- Pracujemy nad tym.

Zdążycie do igrzysk?

- Nasz marketing nad tym pracuje, szukamy sponsora strategicznego.

Nie ma szans, że ministerstwo sportu przyprowadzi Wam kolejną spółkę skarbu państwa?

- Mamy Lotos, Azoty, a teraz pracujemy nad tym, żeby mieć partnera tytularnego tylko do narciarstwa alpejskiego i do snowboardu. Być może nadal będzie nim Tauron. Trwają negocjacje.

Z Pana słów wynika, że z finansami lepiej było, ale tylko przez chwilę.


- W sumie rzeczywiście mamy podobne pieniądze jak przed poprzednimi igrzyskami. W zeszłym roku Tauron nam bardzo pomógł. Wtedy uruchomiliśmy kadrę juniorów, która miała dwa zgrupowania, była kadra regionalna, 30 dzieci było na zgrupowaniu w Gdańsku. A teraz potrzebujemy pieniędzy na program selekcji. Jesteśmy w trakcie przygotowywania testów, które będziemy przeprowadzać od nowego sezonu. Chcemy zwiększyć możliwość monitorowania zawodników, przyglądać się już 10-latkom. W okręgach są wyznaczeni trenerzy, z którymi będę się kontaktował, będę dostawał od nich informacje o utalentowanych zawodnikach i liczę, że do naszej bazy trafi 400-500 dzieci, które w maju-czerwcu przetestujemy.

Przetestujecie i co dalej? Wybierzecie najlepszych, dacie pieniądze na ich rozwój?

- Będziemy stale monitorować, jak ci najlepsi się rozwijają, napiszemy programy treningowe, motoryczne i typowo narciarskie, żeby było wiadomo, co w jakim wieku z zawodnikami robić. Dziesięciolatka do kadry nie weźmiemy, ale jak będziemy go mieć w bazie danych, to kiedy będzie miał 14-15 lat i stanie się juniorem B czy C, to lepiej będziemy wiedzieli, jak z nim zaczynać pracę w szkoleniu centralnym i łatwiej będzie zrobić z niego zawodnika na najwyższym poziomie.

Polki pracują w krainie
wielkich mistrzów

Polki pracują w krainie
wielkich mistrzów

Pięć tysięcy euro za apartament na sezon, a PZN wynajął dwa. Do tego 500 euro od osoby za sezonową kartę uprawniającą do korzystania ze wszystkich tras i wyciągów. – Jak zsumujemy, wyjdzie spora kwota, ale uznaliśmy, że musimy mieć świetną bazę – mówi Stanisław Czarnota, kierownik wyszkolenia PZN ds. narciarstwa alpejskiego i snowboardu. Alpejska kadra Polski kobiet (Daria Krajewska, Sabina Majerczyk, Katarzyna Wąsek, Magdalena Łuczak i Maria Łuczak) olimpijski sezon spędza w Tyrolu Południowym, a Tyrol to miejsce wielkich mistrzów, kolebka narciarstwa.

Benjamin Raich ma olimpijskie złoto w slalomie i w gigancie, tytuły mistrza świata w kombinacji i w slalomie, Kryształową Kulę za wygranie klasyfikacji generalnej Pucharu Świata, po trzy Małe Kryształowe Kule za slalom i kombinację, dwa takie trofea za giganta i jeszcze kilkadziesiąt drugich i trzecich miejsc tak na imprezach mistrzowskich, jak i w przeróżnych zestawieniach PŚ. Znakomity austriacki alpejczyk pochodzi z Arzl im Pitztal w Tyrolu. Nowym faworytem kibiców z tej części Austrii staje się Manuel Feller. Zawodnik z St. Johann in Tirol to wicemistrz świata z 2017 roku w slalomie.

Tam uczą wygrywania

Z tego samego St. Johann in Tirol wywodzi się Andreas Widhoelzl, trzykrotny medalista igrzysk olimpijskich, również trzykrotny medalista MŚ i w MŚ w lotach, zwycięzca Turnieju Czterech Skoczni, jeden z najlepszych skoczków narciarskich przełomu XX i XXI wieku. Gregor Schlierenzauer, czyli następca wszystkich wielkich austriackich mistrzów tej dyscypliny, pochodzi z Rumu, również w Tyrolu. On w skokach nie wygrał jeszcze tylko jednej rzeczy – olimpijskiego złota w konkursie indywidualnym. Ale ma m.in. 53 wygrane konkursy Pucharu Świata. To rekord wszech czasów.
Wszyscy wymienieni są absolwentami słynnego sportowego gimnazjum w Stams. Gdyby tyrolska szkoła chciała stworzyć gablotę mogącą pomieścić wszystkie medale jakie jej wychowankowie zdobyli na igrzyskach i mistrzostwach świata, byłaby to gablota, którą trudno byłoby zmieścić nawet na największej ścianie. Bo takich krążków musiałaby pomieścić aż 260.

Fot. www.pitztal.comFot. www.pitztal.com

Mapa tras w St.Johann in Tirol

Zdjęcie na górze: fot. Shutterstock; zdjęcie na dole: www.olympic.orgZdjęcie na górze: fot. Shutterstock; zdjęcie na dole: www.olympic.org

Wielkie imprezy
z wielkimi tradycjami

W Tyrolu, regionie zamieszkałym tylko przez około milion osób, wychowuje się mistrzów wszystkich zimowych dyscyplin sportowych. I organizuje się największe imprezy dla tych mistrzów.

Innsbruck, czyli stolica Tyrolu to już dwukrotny gospodarz zimowych igrzysk olimpijskich [organizował je w 1964 i 1976 roku]. Od 1953 roku regularnie gości jeden z konkursów Turnieju Czterech Skoczni. We wsi Igls pod Innsbruckiem wiele razy odbywały się bobslejowe i saneczkarskie mistrzostwa świata. Pierwsze w roku 1935, ostatnie – w bieżącym. Już od dwóch dekad zazwyczaj w Soelden swoje zmagania w Pucharze Świata zaczynają alpejczycy. O punkty walczą tam już w październiku, korzystając z tego, że trasy są położone na lodowcu Rettenbach. Jeszcze bardziej znanym, kultowym ośrodkiem jest Kitzbuehel. Tam, na zboczu Hahnenkamm, odbywają się zjazdy po trasie mającej opinię najtrudniejszej na świecie. Nie bez przyczyny – stromizny mają nachylenie nawet do 85 procent, a zawodnicy pędzą w dół momentami aż po 140 km/h. W tej tyrolskiej miejscowości narciarze rywalizują już od blisko stu lat, pierwsze zawody odbyły się w marcu 1931 roku.

Polki prawie jak Svindal

W Soelden w Pucharze Świata debiutował Aksel Lund Svindal, a w Kitzbuehel zajął swoje pierwsze miejsce na podium w karierze. Norweski mistrz olimpijski i pięciokrotny mistrz świata tak pokochał Tyrol, że ma tam swój drugi dom – konkretnie w Goetzens.
Teraz swój drugi dom niedaleko mają polskie alpejki. Przed sezonem z igrzyskami w Pjongczangu PZN mianował na trenerkę kadry kobiet Włoszkę Elenę Valt. I w porozumieniu z nią na bazę ekipy wybrał San Pellegrino – Falcade.

- Wynajęliśmy tam dwa apartamenty na cały sezon. Zawodniczki cały czas tam trenują, stamtąd jeżdżą na zawody. U siebie nie mamy odpowiednich warunków do pracy, a tam są najlepsze – mówi o ośrodku w Tyrolu Południowym Stanisław Czarnota, kierownik wyszkolenia PZN ds. narciarstwa alpejskiego i snowboardu

Ulubione miejsce rodaków

- Każdą trasę jakiej potrzebujemy miejscowi mogą dla nas zamknąć. O każdej porze. Dzięki temu mamy pełną swobodę treningu. Do tego miejsce jest dla nas przystępne cenowo. Za apartament na cały sezon trzeba zapłacić pięć tysięcy euro. Do tego dochodzi 500 euro od osoby za kartę uprawniającą do korzystania z tras i wyciągów – opowiada Czarnota.

Tras jest w Tyrolu ponad 100, ich łączna długość przekracza cztery tysiące kilometrów. – W Austrii i we Włoszech warunki są najlepsze. Tyrol i Tyrol Południowy z Dolomitami to miejsca dające najlepszą jakość i dużo niższe ceny niż Norwegia czy Szwajcaria – mówi Czarnota. - Mamy trzy miliony Polaków jeżdżących na nartach i coraz

więcej z nich przyjeżdża właśnie w te strony, gdzie trenuje nasza kadra. Miejscowi mówią, że 80 procent ich gości to Polacy. I cieszą się, że mogą się chwalić goszczeniem naszego narodowego teamu – dodaje działacz PZN-u.

Czy za jakiś czas w Tyrolu i Dolomitach będą znali nazwiska zawodniczek naszego teamu? Polska kadra jest młoda, włączyć się do walki z czołówką jeszcze nie ma szans, ale działacze opowiadają, że to wreszcie kiedyś nastąpi. Podobno w okolicach następnych igrzysk olimpijskich, w 2022 roku w Pekinie. Dobrze, że już podjęli decyzję o stworzeniu drużynie najlepszych warunków do pracy. Jeśli chcemy wychować mistrzów, trenujmy tam, gdzie rodzi się ich najwięcej.

Dlaczego polscy
narciarze/snowboardziści lubią jeździć do Austrii

Dlaczego polscy
narciarze/snowboardziści lubią jeździć do Austrii

Austria jest narciarską stolicą świata. W żadnym innym kraju narciarstwo (alpejskie) nie cieszy się aż tak wielką popularnością. Na nartach umie jeździć zdecydowana większość Austriaków, a mistrzowie slalomu, zjazdu czy giganta są obdarzani czcią, zarezerwowaną w innych krajach dla piłkarzy. Olbrzymia popularność austriackich Alp wśród polskich narciarzy nie powinna dziwić – to w końcu najbliższy nam alpejski kraj. To jednak tylko jeden z wielu powodów, dla których co roku ponad 150 tysięcy Polaków decyduje się na urlop zimowy w tym kraju.

Dojazd samochodem

Z Warszawy do Austrii jedzie się samochodem 10-12 godzin. Z Wrocławia około osiem, a z Katowic już tylko siedem. Czyli cel możemy osiągnąć w ramach jednego, nie aż tak męczącego dnia jazdy. Dostanie się samochodem do Włoch czy Francji trwa znacznie dłużej i o kilkaset złotych drożej.

Przejazd samochodem ułatwia zabranie dużej ilości bagażu, co docenią zwłaszcza podróżujący z dziećmi oraz osoby, które decydują się zabrać ze sobą jedzenie z Polski. Przekłada się to na niższe koszty.

fot. Kaunertaler Gletscherbahn

Pociąg do nart

Dojeżdżanie na narty pociągiem nie jest wśród Polaków aż tak popularne, jednak wiele osób docenia zalety takiej formy podróżowania. Zwłaszcza teraz, gdy jakość przemieszczania się polskimi i europejskimi kolejami stale się podnosi.

Podróż na narty zwykle wiąże się z dojazdem nocnym pociągiem do Wiednia i przesiadką, np. do Innsbrucka. Miła alternatywa dla osób bez auta, podróżujących samotnie lub po protu lubiących podróże pociągami.

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/f/f6/Bahnhof_Seefeld_in_Tirol_ÖBB4024.jpg

Niekończące się stoki

Alpy zajmują ponad 60% powierzchni Austrii. Nic więc dziwnego, że nie brakuje tam terenów do jazdy na nartach. W samym Tyrolu (najpopularniejszym regionie narciarskim tego kraju) jest ponad 3000 kilometrów regularnie przygotowywanych tras narciarskich rozsianych po 80 ośrodkach. Bardzo wiele z nich jest dostępnych na wspólnych karnetach, dzięki czemu ci, którzy lubią zwiedzać, mogą niemalże przez cały tydzień jeździć po nowych trasach.

Co więcej, trasy są bardzo zróżnicowane i każdy – początkujący, zaawansowany, skiturowiec czy freerider - znajdzie tu dla siebie dużo wspaniałych terenów.

Fot. materiały partneraFot. materiały partnera
Fot. materiały partneraFot. materiały partnera

Cena i jakość narciarskiego kilometra

Skipassy w Austrii są oczywiście droższe niż w Polsce, jednak najczęściej jest to sprawa bardzo pozorna. Tras i wyciągów jest tu zdecydowanie więcej, a co za tym idzie, stanie w kolejkach to rzadkość. Jeśli porównamy liczbę kilometrów, które udaje się przejechać podczas 6 dni na stoku, okazuje się, że cena „za kilometr” jest w Austrii kilkakrotnie niższa niż w Polsce.

Poza tym, cała infrastruktura – trasy, wyciągi, bary i restauracje na stoku - utrzymana jest na absolutnie najwyższym poziomie. Nawet więcej niż światowym, bo to świat, projektując swoją infrastrukturę narciarską, ogląda się właśnie na Austrię.

Polscy instruktorzy

Dzięki popularności austriackich obiektów narciarskich wśród Polaków, tamtejsze ośrodki coraz częściej zatrudniają polskich instruktorów. Widząc tę „falę”, również austriacka kadra zaczęła się dokształcać w naszym, szeleszczącym języku. Dzięki temu można wziąć na miejscu lekcje będące połączeniem austriackiej jakości i wygody nauki w języku ojczystym.

Fot. shutterstockFot. shutterstock

Klimatyczna baza noclegowa

  • Dom wakacyjny Kaiser Franz-Josef-Hütte

    Dom wakacyjny Kaiser Franz-Josef-Hütte

  • Wildschönau. W uroczej Dolinie Hochtal znajdują się cztery idylliczne wioski Kirchdörfer Niederau, Oberau, Thierbach i Auffach. Tutejsi gospodarze słyną z gościnności.

    Wildschönau. W uroczej Dolinie Hochtal znajdują się cztery idylliczne wioski Kirchdörfer Niederau, Oberau, Thierbach i Auffach. Tutejsi gospodarze słyną z gościnności.

  • Pensjonaty i hotele w Tyrolu są na wysokim poziomie i oferują wiele udogodnień, ale trzeba wtedy liczyć się z wysoką ceną

    Pensjonaty i hotele w Tyrolu są na wysokim poziomie i oferują wiele udogodnień, ale trzeba wtedy liczyć się z wysoką ceną

  • Zbudowany w wielkim stylu, posiadający wiele niezwykłych architektonicznych elementów AQUA DOME tworzy spektakularny, wodny świat.

    Zbudowany w wielkim stylu, posiadający wiele niezwykłych architektonicznych elementów AQUA DOME tworzy spektakularny, wodny świat.

Turystyka to niezwykle istotna część gospodarki Austrii, nic więc dziwnego, że baza noclegowa w ośrodkach narciarskich jest bardzo rozbudowana. To, co czyni ją wyjątkową, to gasthausy. W Austrii bardzo często mieszka się w stosunkowo niewielkich pensjonatach. Najczęściej prowadzenie takiego domu to rodzinna, wielopokoleniowa tradycja. Takie zakwaterowanie to ciekawa odmiana względem, zazwyczaj jednak bezdusznych, hoteli. To austriacki Gemütlichkeit.

Często złudna jest też prostota gasthausów i apartamentów na wynajem. W tych niepozornych, drewnianych domach bardzo często skrywają się luksusowe i nowoczesne wnętrza, również takie z basenami, saunami i stylowymi restauracjami. Pod tym względem Austria jest podobna do Skandynawii - z zewnątrz buduje się skromnie, wewnątrz czekają luksusy.

Fot. materiały partneraFot. materiały partnera

Bezpieczeństwo i spokój

Ostatni, choć dla wielu najważniejszy powód, by jeździć właśnie do Austrii. Jest to wyjątkowo bezpieczny kraj. W górskich miejscowościach ludzie często nie zamykają drzwi, ulice, stoki narciarskie i górskie szlaki są bezpieczne i zadbane. Gdyby jednak coś się już przytrafiło, ratownicy górscy, policja i inne służby działają sprawnie, a opieka medyczna jest tu na bardzo wysokim poziomie. Dzięki temu można być pewnym, że zastrzyków adrenaliny doświadcza się tu tylko w takich okolicznościach, w jakich ma się na nie ochotę.

Najsłynniejsze trasy
narciarskie Tyrolu

Najsłynniejsze trasy
narciarskie Tyrolu

Tyrol dla narciarza jest jak Pekin dla miłośnika kaczki, Teksas dla miłośników pił czy Przylądek Canaveral dla miłośnika kosmosu. To, co ważne, dzieje się tam. 3000 kilometrów tras w 80 ośrodkach, zawody Pucharu Świata, jazda w lecie na lodowcach, James Bond i stoki, na których narodziła się współczesna technika narciarska.

Napisać, że narty w Tyrolu są najlepsze dla początkujących, zaawansowanych, dzieci czy dorosłych, to nic nie napisać. Terenów narciarskich jest tak wiele i są tak bardzo zróżnicowane, że każdy, kto lubi przypinać sobie narty do nóg, znajdzie dla siebie niejedno wspaniałe miejsce.

Taki wybór potrafi być jednak przekleństwem, bo wszystkiego przejeździć i zobaczyć się po prostu nie da. Ani w tydzień, ani w dziesięć tygodni. Dlatego proponujemy Wam przegląd najsłynniejszych tras narciarskich Tyrolu.

Zammermoos i „Run of Fame”, St. Anton, Arlberg

Pierwsza „akademia narciarstwa” została założona właśnie w Tyrolu, w 1920 roku w St. Anton am Arlberg. Założycielem był Hannes Schneider, który spopularyzował to, co teraz nazywamy skrętem z poszerzenia kątowego. Schneider od 1907 roku pracował jako instruktor narciarstwa w Hotelu Post. Hotel do dzisiaj stoi tam, gdzie stał. Jeśli chcesz poczuć pod nartami trochę historii, zjedź trasą Zammermoos. Jest niepozorna i łatwa, ale to właśnie tu odbywały się jedne z pierwszych zorganizowanych lekcji narciarskich w historii.

Jeśli ta trasa Ci się znudzi, nie martw się - zostało jeszcze około 350 kilometrów innych. W Arlbergu wyznaczono trasę-wycieczkę „Run of Fame”. Inspirowana jest właśnie pionierami narciarstwa, których w Arlbergu było więcej niż jeden Schneider. Podążając za znakami, można zwiedzić najciekawsze trasy w całej okolicy.

Poniżej pierwszy film Schneidera, z 1920 roku: "Das Wunder des Schneeschuhs". Wbrew tytułowi traktuje o skiturach, a nie rakietach śnieżnych. Imponujące skoki w 17 minucie.


Hannes Schneider, fot. Archiv Winter!Sport!Museum!MürzzuschHannes Schneider, fot. Archiv Winter!Sport!Museum!Mürzzusch

Streif, Kitzbühel

Puchar Świata w narciarstwie alpejskim ma dwa przystanki w Tyrolu. Na kilka dni przed zawodami trasy są zamykane i specjalnie przygotowywane na zawody, jednak zazwyczaj już następnego dnia po sportowej rywalizacji wszystko wraca do normy i dostęp do tras odzyskują "zwykli" narciarze.
Bez wątpienia najsłynniejszą z nich jest Streif. Ponad trzykilometrowa trasa zjazdu jest równie imponująca, co wymagająca. Jeśli jednak ominiemy najtrudniejszy kawałek (oznaczony kolorem czarnym), większość trasy (wycenioną na kolor czerwony), da się przejechać. Kawał przygody.
Rywalizacja w Kitz została nie tak dawno świetnie sfilmowana w dokumentalnej produkcji Streif- One hell of a raid.


Ganslernhang (w skrócie Ganslern) to stok narciarski w Kitzbühel. Fot. materiały partneraGanslernhang (w skrócie Ganslern) to stok narciarski w Kitzbühel. Fot. materiały partnera

Ganslern

Streif to najsłynniejsza trasa w Kitzu z perspektywy całego świata, ale dla Polaków ważna jest jeszcze jedna. Ganslern to miejsce, w którym Andrzej Bachleda-Curuś dwukrotnie stawał na podium Pucharu Świata (trzecie miejsce w Slalomie w 1972 i 1973).

W sumie w Kitzbühel na narciarzy czeka prawie 180 km przygotowanych tras.

Gaislachkogl i Rettenbach, Sölden

James Bond w "Spectre" rozczarował fanów narciarstwa. Zamiast zjechać jak człowiek, nad stokiem latał samolotem. Ale! Restauracja i kolejka górska, które wystąpiły w filmie, dostępne są dla narciarzy na co dzień. Restauracja nazywa się Ice Q i znajduje się na wysokości 3048 metrów n.p.m, przy szczycie Gaislachkogl. Zjeżdża stąd fenomenalna, czerwona jedynka.

Będąc w Sölden, koniecznie trzeba odwiedzić również lodowiec Rettenbach. Od 17 lat odbywają się tutaj zawody w Slalomie Gigancie, rozpoczynające serię Pucharu Świata. Można sprawdzić siły tam, gdzie ścigają się najlepsi na świecie. W sumie w Sölden do dyspozycji narciarzy jest ponad 140 kilometrów tras.

Restauracja Ice Q. Fot. materiały partneraRestauracja Ice Q. Fot. materiały partnera

Gefrorene Wand, Hintertux

Hintertux w dolinie Zillertal to jedyny lodowiec w Austrii, po którym na nartach jeździ się przez cały rok. Poza okresem zimowym bardzo często można spotkać tu alpejczyków przygotowujących się do Pucharu Świata, znajduje się tu również doskonały snowpark. W zimie, gdy śniegu nie brakuje również w niższych partiach, można zmierzyć się z najdłuższą trasą doliny - startuje przy stacji u szczytu Gefrorene Wand.

Zaczyna się na wysokości 3250 metrów, a kończy 12 kilometrów dalej i 1150 metrów niżej. Jest wyceniona na kolor czerwony - oj będą piekły uda. Trasy narciarskie na lodowcu mają łączną długość 60 km, a cały ośrodek Zillertal to ponad 500 kilometrów tras. Absolutnie każdy znajdzie tu coś dla siebie.

Harakiri, Penken/MayerHoffen

Również w Zillertal, w niewielkiej miejscowości Penken (dostępnej kolejką górską z większego, dobrze znanego Mayrhofen), znajduje się inna, słynna na całą Austrię trasa. Nazywa się Harakiri (po jej przejechaniu można sobie sprawić koszulkę z napisem „Przeżyłem Harakiri” - do kupienia na miejscu). Trasa ma w sumie prawie 2 km długość, ale najbardziej stroma część to około 400 metrów. Nachylenie sięga tam 78%, jest więcej miejscami ostrzej niż na skoczni narciarskiej. Trasa jest sztucznie naśnieżana, a jej ratrakowanie to nie lada wyzwanie. Warto to przeżyć chociaż raz, ale na tę przygodę trzeba być solidnie przygotowanym. Doskonała technika i ostre jak brzytwa krawędzie - inaczej po prostu nie ma sensu.

Patscherkofel , okolice Innsbrucka

W narciarstwie alpejskim Austriacy zdobyli więcej medali igrzysk olimpijskich niż przedstawiciele jakiegokolwiek innego kraju. Innsbruck, stolica Tyrolu, dwukrotnie był gospodarzem zimowych Igrzysk Olimpijskich - w 1964 i 1976. W obu przypadkach reprezentantom Austrii udało się zdobyć złoto w zjeździe (wtedy nazywanym jeszcze biegiem zjazdowym). Byli to odpowiednio Egon Zimmermann i Franz Klammer. Trasa, którą jechali jest oznaczona numerem jeden i wyceniana na kolor czerwony. Zjechać nią, to dla Austriaka trochę tak, jak dla Polaka pojechać na pielgrzymkę do Częstochowy.
W 1964 złoto w biegu zjazdowym zdobyła również austriacka dwudziestolatka - Christl Haas. Wygrywała w pobliskim ośrodku Axamer Lizum, w którym rozgrywano wszystkie alpejskie konkurencje oprócz zjazdu mężczyzn. W 1976 w Slalomie rozegranym na Axame Lizum szóste miejsce zajął Jan Bachleda Curuś.

Przejazd Klammera z 1976

Pitz Panorama, Pitztal

W Pitztal, najwyżej położonym ośrodku narciarskim w Tyrolu, słynna jest nie tyle trasa, co całe doświadczenie. Na lodowiec dostajesz się jadąc najpierw kolejką szynową Gletscherexpress (trochę podobną do tej na Gubałówkę). Później kolejka górska Wildspitz dowozi Cię do architektonicznego cudu - Café 3440. Widoki - w połączeniu z wysokością - naprawdę zapierają dech w piersiach. Po "najwyższej herbacie w Tyrolu" zjeżdżasz trasą Pitz Panorama. W górnej części lodowiec jest bardzo szeroki, więc wytyczono tu obok siebie aż trzy trasy. Jesienią i wiosną część zbocza jest z reguły odgrodzona, bo trenują na nim alpejczycy. Świetny pretekst, by zatrzymać się i odpocząć w pół drogi, a przy okazji pooglądać najlepszych narciarzy na świecie w akcji.

W sumie teren na lodowcu to „zaledwie” około 40 kilometrów tras (wliczając trzy trasy obok siebie). Z jednej strony trochę mało, z drugiej duża wysokość połączona z niewielką liczbą ludzi gwarantuję na Pitztal doskonałe warunki narciarskie przez około 6 miesięcy w roku.

Trasa Pitz Panorama w Pitztal. Fot. Franek PrzeradzkiTrasa Pitz Panorama w Pitztal. Fot. Franek Przeradzki